
„Dokumenty poproszę” słyszał każdy, kto choć raz zjechał na pobocze za radiowozem. W Stanach to zdanie ma długą historię, bo to, kogo się zatrzymuje i o co się go pyta, rzadko bywało przypadkowe. W sekcji Who They Are na 17. TAURON American Film Festival bierzemy je dosłownie i okazujemy cztery dokumenty związane z amerykańską tożsamością, która od zawsze występuje tam w liczbie mnogiej.
Na polskojęzycznych forach poświęconych kinu przewijają się głosy internautów – najpewniej millenialsów – że to jeden z filmów ich dzieciństwa. Zrealizowana w 1987 roku La Bamba faktycznie była nad Wisłą bardzo popularna, a ówczesne stacje telewizyjne nadawały ją w zasadzie na okrągło. Skoro losy tragicznie zmarłego Ritchiego Valensa wywarły taki wpływ na widownię mieszkającą pomiędzy Bałtykiem a Tatrami, to wręcz nie sposób wyobrazić sobie, jak ogromne znaczenie musiała mieć dla tych, których doświadczenie prezentowała, a mianowicie Chicanos, czyli – w dużym uproszczeniu – Amerykanów meksykańskiego pochodzenia, świadomych swoich korzeni i tożsamości kulturowej, aktywnie działających na rzecz pielęgnowania i wzmacniania tradycji. Luis Valdez, autor La Bamby, jest jednym z nich. Jego drogę – od syna ubogich robotników rolnych, przez założyciela zaangażowanej politycznie trupy teatralnej, po broadwayowskiego reżysera (spektakl Zoot Suit) – przybliża teraz David Alvarado (Jak Bogowie, 12. AFF) kreśląc portret artysty, który pomógł wprowadzić latynoską perspektywę do głównego nurtu i ułatwił kolejnym pokoleniom twórców (Robert Rodriguez, Patricia Cardoso, Eva Longoria) opowiadanie o własnym dziedzictwie.
Rafał Glapiak

Amerykański pachuco: legenda Luisa Valdeza, reż. David Alvarado
Odkąd na balkonie motelu Lorraine w kwietniu 1968 roku zastrzelony został Martin Luther King, miejsce to kojarzyło się wyłącznie z tragicznym zamachem. Sam Pollard w swoim filmie dokumentalnym z należytą uwagą przygląda się tamtemu zajściu, ale jednocześnie przypomina, że to tylko jeden z epizodów w bogatej historii budynku. Założony przez Waltera i Loree Baileyów motel stał się mekką Afroamerykanów w czasach, gdy obowiązywały tak zwane prawa Jima Crowa – regulacje, które sprytnie omijały XIII i XIV poprawkę do konstytucji, przyzwalając na segregację rasową w myśl zasady: równi, ale oddzieleni. Motel Baileyów był wówczas jedynym miejscem w okolicy, które przyjmowało czarnych gości. Dla jednych był przystankiem w czasach amerykańskiej Wielkiej Migracji (masowych relokacji czarnych Amerykanów opuszczających przede wszystkim południowe stany USA, aby uciec przed rasizmem), dla innych stał się pełnoprawnym epicentrum życia kulturalnego. To tutaj zawiązywała się społeczność, powstawały muzyczne hity i pisano polityczne manifesty. Obecnie w motelu Lorraine znajduje się Muzeum Praw Obywatelskich, ale i sam film służy jako żywe muzeum pełne unikalnych archiwaliów i rozmów z ludźmi, którzy pamiętają burzliwe lata 60. w Memphis.
Igor Kierkosz

Motel Lorraine, reż. Sam Pollard
4 marca to jedyna data, która po angielsku brzmi jak komenda: march forth, naprzód marsz. Tego dnia w 2005 roku z więzienia wyszedł Reginald Dwayne Betts. Trafił tam jako szesnastolatek, za napad z bronią w ręku. Była połowa lat 90., politycy straszyli „superdrapieżnikami”, przez co sąd potraktował czarnego nastolatka jak dorosłego. Za kratami zaczął pisać wiersze. Od tamtej pory próbuje pogodzić chłopaka, którym był, z człowiekiem, którym się stał: nagradzanym poetą i prawnikiem po Yale. Film Robe'a Imbriano i Valerie Hong jest w połowie autobiografią, w połowie spektaklem, a fragmenty wspomnień i wierszy Bettsa czyta Brian Tyree Henry.

Naprzód marsz, reż. Robe Imbriano, Valerie Hong
W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć tytułu, który doceniono na naszym festiwalu TAURON Nowe Horyzonty. W lipcu jury Międzynarodowego Konkursu przyznało mu wyróżnienie „za dzieło jedyne w swoim rodzaju”.
Ponad dekadę po śmierci Williama Greavesa, filmowca nieuznającego gatunkowych granic, otrzymujemy zaskakujący epilog do jego twórczości. W 1972 roku reżyser zaprosił najważniejsze postacie tzw. Renesansu Harlemu do domu Duke'a Ellingtona i utrwalił na taśmie legendarne spotkanie. Był to zarazem hołd dla przełomowego afroamerykańskiego ruchu kulturalnego lat 20. i ponowne odczytanie jego znaczenia. W jednym pokoju zebrało się żywe archiwum epoki – pisarze, aktorzy, muzycy, bibliotekarze, intelektualiści, nauczyciele i aktywiści, którzy uczynili z Harlemu stolicę wyobraźni, twórczości i kulturowych ambicji. Przez kilka godzin to niezwykłe grono – w wielu przypadkach ludzie ci spotkali się po raz pierwszy od pół wieku – przywołuje przeszłość, dyskutuje z teraźniejszością, śmieje się, pije i zastanawia się nad sensem wspólnego dziedzictwa w zmieniającym się świecie. Współreżyserowany przez Davida Greavesa, syna Williama i jednego z operatorów obecnych tamtego dnia w mieszkaniu Ellingtona, dokument Pewnego razu w Harlemie jest elegancko skomponowanym zapisem spotkania, które mogło wydarzyć się tylko raz, oraz świetlistym fragmentem historii Ameryki.
Dorota Lech

Pewnego razu w Harlemie, reż. William Greaves, David Greaves