Żadnych łagodnych zjazdów z Route 66 – American Classics startuje od razu z trzema tytułami, za którymi stoją nazwiska wpisane w DNA festiwalu: Michael Mann, Jim Jarmusch i Adrian Lyne. Wszystkie trzy wracają po cyfrowej rekonstrukcji w 4K.
W tym roku Route 66 kończy sto lat – wytyczono ją w 1926 roku, a mimo że formalnie zniknęła z mapy w połowie lat 80., wciąż jest najbardziej rozpoznawalną drogą w historii kina i popkultury w ogóle. American Classics działa bliźniaczo: te filmy formalnie zeszły z afisza dekady temu, ale nigdy nie zjechały z kulturowej trasy – stąd cyfrowe rekonstrukcje i miejsce w tegorocznym programie.
Nie trzeba jednak stu lat życiowego doświadczenia, żeby wiedzieć, że karnety i akredytacje to najlepsze przepustki na tę edycję – a te są w sprzedaży do 31 października.
Zamów akredytację dziennikarską
Niemniej słuchając, jak niektórzy opowiadają o kinie, można pomyśleć, że mają sto lat doświadczenia w kinofilii. Przykładem takiej osoby niewątpliwie jest Michał Oleszczyk – wykładowca Wydziału "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego i twórca podkastu SpoilerMaster, który zapowie pokazy filmów Manna i Jarmuscha.
Rok 1986, Mann ma za sobą debiut fabularny (Złodziej) i etat scenarzysty-showrunnera przy Miami Vice – dopiero buduje słownik, który za dziewięć lat złoży się na Gorączkę. Will Graham (William Petersen) wraca do FBI, żeby złapać seryjnego mordercę, i musi w tym celu zacząć myśleć jak on – co oznacza też rozmowy z uwięzionym Hannibalem Lecterem. Tak, tym Lecterem, pięć lat przed Milczeniem owiec, w wersji, w której gra go Brian Cox, patrząc tak, jakby naprawdę rozważał, czy dałoby się kogoś zjeść na surowo. Do tego dochodzi to, co Mann będzie potem rozwijał przez całą karierę: nocne przestrzenie, zimne neony, dobrze dobrany soundtrack i kryminalna historia prowadzona w idealnym tempie.

Manhunter. Wersja reżyserska, reż. Michael Mann
Ghost Dog (Forest Whitaker) mieszka samotnie na dachu, hoduje gołębie i zarabia jako płatny zabójca na usługach włoskiej mafii – ale jedynym prawem, jakie uznaje, jest samurajski kodeks z osiemnastowiecznej Księgi Hagakure. To połączenie brzmi jak eksperyment, który nie powinien się udać: czarnoskóry killer na zlecenie żyjący etosem japońskiego wojownika sprzed wieków. Jarmuschowi jednak się udaje. Droga w tytule brzmi znajomo, ale to nieco inna droga niż nasza tegoroczna – prowadzi przez ulice Nowego Jorku i New Jersey, a rządzi nią kodeks, który z kodeksem drogowym nie ma nic wspólnego.

Ghost Dog: Droga samuraja, reż. Jim Jarmusch
Film trafił na ekrany w 1999 roku i świetnie wyłapuje ducha ówczesnego przełomu – zastanawia się nad tym, komu i czemu służymy, jakich zasad się trzymamy, kiedy nikt już nie patrzy. Do tego jest zabawny, a jak na Jarmuscha – zaskakująco naładowany akcją. Stylu też mu nie brakuje. Muzykę skomponował RZA – biorąc pod uwagę to, jak od lat Wu-Tang Clan łączy czarną kulturę z dalekowschodnią estetyką, chyba jedyny słuszny wybór, choć to jego pierwsza w karierze ścieżka dźwiękowa napisana od zera. Już od pierwszych taktów motywu otwierającego wiadomo, że to połączenie nie będzie tu ozdobnikiem. Jarmusch nie kryje inspiracji Samurajem Jeana-Pierre'a Melville'a i ciężko mieć mu to za złe, bo unosi ciężar francuskiego klasyka, robiąc z niego coś zupełnie jarmuschowskiego.

Ghost Dog: Droga samuraja, reż. Jim Jarmusch
Jacob Singer (Tim Robbins), weteran wojny w Wietnamie, próbuje ułożyć sobie życie w Nowym Jorku, kiedy rzeczywistość zaczyna mu się rozjeżdżać w rękach: znajome miejsca stają się obce, twarze przechodniów przestają wyglądać na ludzkie, a granica między tym, co się wydarzyło, a tym, co mogło się tylko wydawać, robi się coraz cieńsza. To thriller psychologiczny, równie łatwo nazwać go horrorem – wymyka się prostym klasyfikacjom tak samo, jak rzeczywistość wymyka się spod kontroli samemu Jacobowi. Mimo że od amerykańskiej premiery minęło już 35 lat, do polskich kin nigdy nie trafił. Ślady Drabiny Jakubowej odnajdziecie później w pierwszych częściach Silent Hilla, w The Evil Within Shinjiego Mikamiego, w American Horror Story: Asylum Ryana Murphy'ego, a nawet w obrazach z Oppenheimera Christophera Nolana.

Drabina Jakubowa, reż. Adrian Lyne